6.02.2012

24

jak w żebrach zapodziały się wszystkie sęki .....
na białym stole stoją filiżanki , opuszczone okruchy ...
rozmazane oczy w objętościach litrowych dzbanów ...
jak namacalne powieki opuszczone do połowy ...
tańczą w palcach ...
kosmyki i sznurówki związane szare sandały biegną
pora już iść .....



___________________________________________


potrzebny mi dialog
możliwość odczuwania i odczuwalności
znajomy
nieprzypadkowy
i gdy szukam tego co tak blisko
biegam wciąż jak ćma
w niebezpieczeństwie , niezrozumieniu
wśród innych
obcych

i staram się zapomnieć



o tęsknocie ....


czasem to jak wyobrażenia w które wkładam tyle wysiłku by zaistniały to jak opatulenie się czymś tak znikomym
jak zapach tego samego domu w który wchodzimy codziennie tymi samymi drzwiami
pochłanianie w milimetrowych obrazach w zmęczeniu w staniu w tej samej kolejce na wyciągu gdzie jedynie pory roku zmieniają swój obraz ... w bezczynnym niszczeniu , budowaniu ....
wciąż stałam na tych samych wzgórzach
w tej samej sukience na tych tysięcznych pomostach bosymi stopami ...
bez zastanowienia na niemych ławkach na których siadaliśmy co rano ....
w ciszy
to poczucie nieskalania w Twojej obecności ....

stoję ....
w tej samej sukience .... pomosty oddalają się ... biegną coraz węższe i coraz mniej znajome ..
ślady porośnięte wysoką trawą ...
jest wciąż barwnie ...
ale bardziej pusto ...
coraz bardziej pusto

może spotykamy się wciąż na chwilę dokarmiając się wzajemnie w owym czasie ....
może moja miska była bardziej głęboka ....
na jej dnie widnieje jedynie skrawek tych wyobrażeń ...

nad brzegiem tafla rozciąga swoje olbrzymie plecy ...
są jeszcze w stalowej szarości zamknięte ...
jeszcze chłodniej gdy nad ziemią usłane piętrzą się pierzyny ...
sny ...
niemym wyrazem przemawiają w ciszy ..
ciszej ...
biegną ku górze odłamki srebrzystych łusek ryb co w barwach przeplatają się złotą słychać plusk ..
jak potężny drapieżnik wyłania swoje oczodoły ...

w dalekich krainach ... góry odbijają swoje garby
przyglądając się sobie z osobna
w wielkich stalowych lustrach ....

słońce ...
jakby ciągnęło swoją odmienną pieśń ...

cicho ciszej ....
w oddali para dotyka kochanka ... tańcząc w swawolnych sukniach ..
w przeźroczystości widać jej brzeg ...
kłębią się
ocierają ...

widzę
nastał świt ..



czasem odciskam swój palec na szybie .. patrzę na odbicie jak układają się w kręgi jak w uciętym życiu drzewa .... są większe i mniejsze ....
zamoczyć palec w białej farbie gdy czujesz się czysty ... szary gdy nas nie ma ... czarny gdy widzi się jedynie niezliczoną ilość niczego .....
to nie tak że upadam w momentach gdy upadek jest dozwolony można przyzwolić sobie na niego ....
upadam gdy nagle z niespodziewanych przyczyn wszystko przyśpiesza we mnie ... jakby krew zebrała się do skoku w dół ..
gdzie na samym końcu czekają szpony by znów związać mnie w prześcieradłach .....
kiedy upadasz świadomie z powodów które pachną .... w jakimś nawet nieznanym zapachu ... niech mają to swoje imię ...

upadek bezimiennego jest najcięższy bo nagle ogarnia nas całymi swoimi mackami ....
jakby chciał się podpiąć jak respirator do głównej aorty .....


bezimiennie ...
bez powodu ...
bez przyczyny....

siedzi i się ociera ....

nie martwie się ...
czasem odbijam te swoje ślady to tu to tam na szybach różnych domów w zaproszeniu ... odciskam je na swoich ..... aby czasem pozwlili mi pozostać na dłużej do pierwszego deszczu .....

czasem muszę go odbić ...
wczoraj to był Twój dom .....







_____________________________________________________________________________________________________


Dwa światy
Mają to do siebie, iż z góry definiują ograniczenie i zamknięcie... Można by tak przypuszczać prawda?... Jednak istnieją światy, których przestrzeń wewnętrzna jest o wile bardziej bezkresna niż można by sądzić przyglądając im się z zewnątrz...
Powierzchowność... Nie wiem czy ktokolwiek wie ,
Zapraszam ludzi do swojego świata, pokazuje im wejście, krzyczę a w odpowiedzi dostaję jedynie pytanie - to gdzie te drzwi.... ?
Chciałabym zaprosić na coś pysznego, lub po prostu na spacer... Pokazać choćby te głupie zające co to od mieszkania na górce maja jedne łapki krótsze...
Czasem zdarza się ktoś kto znajdzie puste miejsce po furcie... Przestąpi próg imaginacji i zrobi kilka kroków po krętej ścieżce, usłyszy mruczenie łapodrzewia lub uda mu się dostrzec te śmieszne kicaje... Czasem zdarza się, że przychodzą szpiedzy i w wyrafinowaniu swej sztuki mamią tęczą, którą niby chcieli by przymocować nad biegnącym wspak strumieniem... Tak na prawdę chcą tylko ukraść kłącza miodnych konwalii... I w chwili kiedy mam przytrzymać tę tęczę co by ją pomóc mocować zadają cios, wyrywają co potrzeba i znikają... Zdarzają się też nie wiadomo skąd zabłąkani czasem wandale... Bezmyślnie zrywając huśtawkę zawieszoną na księżycowym rąbku...
Zdarzy się jednak czasem ktoś kto widząc girlandy kwiatów marsowego mchu.... Tak ten czerwony co porasta szklane ściany... Dla tego właśnie marsowy... Wcześniej był paczką gwoździ, ale podczas ostatniej koniunkcji w nocy zardzewiał i i teraz włazi na szkło... ale tylko to dobrze wypucowane...
No wiec zdarzy się czasem ktoś komu się podoba, prosi bym oprowadziła czasem jednak sam chce się rozejrzeć. Przysiądzie na huśtawce a nawet pogłaszcze łapodrzewie...
Jak widzisz mój mały świat, oaza wolnego wypasania myśli ma wiele zakamarków... czasem zdarzy się, że ktoś zagląda gdzieś i albo ucieka w przerażeniu albo...
Słychać tylko krzyk i wołanie o pomoc a kiedy dobiegam widzę wyrwę w nicości, która powoli się zabliźnia... Nie wiem co to jest, ale powoduje, iż mój eden instynktownie chce podążać w kierunku gdzie była ta wyrwa i rozrasta się tworząc jakby kolejną ścieżkę...
Nie wiem czy coś ci w moim świecie nie zaszkodzi... Ja np lubię te czarne błyszczące borówki, ale czasem goście skręcają się z obrzydzeniem...
Chciałabym bardzo abym w końcu odnalazła sposób by móc zbudować w moim ogrodzie patio przez które mogałbym wchodzić do domu...
Łatwiej było by wtedy kogoś zaprosić. A tak ? Wiesz noszę to wszystko przy sobie, w sobie, w około skroni jak rondo kapelusza... Nie przeszkadza zbytnio, nie ciąży a chroni od udaru...
Lubisz siadać na ławce w moim ogrodzie... Tej z niemalowanego drewna...
Stoi tam od niepamiętnych czasów... Sądzę, że chyba tam wyrosła. Nie wiem....
Lubię kiedy przychodzisz bo światło się wtedy zmienia i faktury ścieżek jawią się w innych barwach... To tak jak by chodzić boso po lodzie i doznawać odwróconego uczucia chłodu... Delikatnie ciepło...
Boje się, ze jak Cię zostawię samego to zawędrujesz na jedną z tych ścieżek w pogoni za jakąś niezwykłością i nagle uciekniesz spłoszony chmurą tego... hmm w sumie nie wiem co to jest ale podobne do nietoperzy a jak pozwolisz się obsiąść i potrzesz jednego po grzbiecie to śmiesznie piszczy i czuć że się wtula...
Boję się, że zechcesz wejść, zatrzasnąć drzwi i nagle coś Cię wystraszy... Co wtedy ?

W pożegnaniu pociąg ciężko osiadł na szynach niewidocznych a jednak czuc było tą ciężkośc.Pożegnania jakby świat miał by pobiec w szaleństwie jak zwariowany klaun z bladym nosem bo farby zabrakło . Pożegnania budzą agonię . Wino tak pachnie poziomkami w swych niezliczonych lampkach zamyka się w bólu nad roztarganym morzem wspomnień . Każdy zapach i smak .... Każde blady pomruk nieba gdy niebo na jesień zamyka się w szarościach . Jak szelest liści w ostatnim doznaniu . ...
Nic nie istnieje jak wiecznośc w bladych kolorach miodowych goździków .Są takie maleńkie a najintensywniejsze .. to te ulubione ... kiedy któregoś dnia zapisał się ich zapach w ogródkach działkowych gdy schylając się z ciekawości zawładnęły mną ....
Ławka .... są ławki w swej samotności które tkwią dumnie w butach zbyt szerokich ... zatapiają swe stopy w czarnych czeluściach ziemi .... jest miękka w poddaniu ciepłem owija jej nogi...... silnie na wzajem trzymają swe lica .... jak jednośc w której należą do siebie ..........
Ławka ma popękane siedlisko od ilości zużytych godzin .. w których tak bezpiecznie spożywało się herbatę .... zakrapianą miodem z uśmiechniętych pszczelich bębenków jak w zaproszeniu by zatopic w nich swe usta tak spierzchną gdy tych obrazów brak ....
Kiedy siadam tam czuje .... się jedynie wiosnę w której budzi się rosa tak śmiesznie błaka się i mieni w odbiciach promieni .... w zaczesanych kapeluszach czerwonokrwistych maków ..gdzie przekrszywiają swoją głowę to w prawo to w lewo z nadzieją na wiatr....
I drzewa z wysokimi ramionami .... jak głodne doznań wyciagają je silnie w stronę nieba ....
w zapachach jaśminu , świerków .......
A w lesie .. zerwał się wiatr wczesnym rankiem pomieszany słońcem było ciepło ...
śmiesznie obijał się o pionowe kory drzew .. jednostajnie kołysząc je ...w powolnych usypianych jeszcze nutach ... zapach roznosił się w całej szerokości gdzie nie spocząc wzrokiem .....wiatr nagle zerwał się jakby coś chciał pochwycic za dłonie ... zatańczyc w zwariowanych kółkach gdzie podnosząc głowę ku górze wydaje się jakby konary tworzyły magiczny okrąg .. słychac było śmiech upadanych szyszek .... jak w tych spazmach turlały się po ziemi ...... jedna o drugą .... ocierając się ....
w ciepłym wietrze .... spadały igły jak tysiące gwiazd w drobnym gęstym deszczu .... było słychac ich pomruk zadowolenia ... były wszędzie w ilościach milionowych rozkoszy .... padało ....
na ramionach jednak zamiast deszczu miałam płasz usianych igiełkowych śmiesznych chochlików ........
można było zamknąc oczy i usłyszec spazm ......
deszcz meteorytów .........


przychodzę na herbatę z malinami ..... i miodem

w pożegnaniu ..............





Brak komentarzy:

!

"Przedmiotem prawa autorskiego jest każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia (utwór)."

Rozdz. 1, art.1 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r., publikator: Dz.U. 1994, nr 24, poz. 83, tekst jednolity: Dz. U. 2006, nr 90, poz. 631