7.02.2012

25 - nocne spacery



Zabrałam Cię na spacer .... pomosty dziś szeroko rozwierają swoje ramiona ku zaproszeniu ... Jest w nich świat ogrodów , kreowany jakąś delikatną nutką smutku gdzie czuje się już jedynie ukojenie po drugiej stronie .Drzewa zwisają dosyć swobodnie obracając liśćmi , tu nigdy nie ma zimy , obracają i w delikatnych pomrukach ugniatając własne palce dotykają jakby pieszczotą zmierzwioną grzywę wody ... ochlapując się wzajemnie w wesołym okrzyku ... noc już ciszej ciszej ... ktoś nadchodzi ....
To ja a to Ty ,.... przedstawiając się ku sobie wznosząc jednakowo i upadając , w pokłonie stąpając lekko ...
Kiedy chodzi się boso można odgadnąć jaki nastrój ma ziemia , w błahych własnych słabościach dosyć twarda ... 

Pióropusze miały tej nocy wachlarz ... rozprzesteniony na wszelaką długośc myśli .. 
nie zabrałam Cię tam .. tamtędy chodzi się gdy już ścieżka ma wymiar jedności w barwach tęczowych chochlików ..
podążałam za śladami stopy Twe tak miękko zapadały się w otchłań doznań .. 
dłoń w dłoń ...... jakbyś to ciepło mi przeobrażał w zapach gdy bochenek chleba zbyt zarumieniony ... 
pachnie ..
czujesz .... 
tak miękko ... życie bez niego obejśc .... nie bradzo ... 
nie idźmy tą drogą tej nocy ... 
gwiazdy w swych ostrych konturach jakby łagodnieją ... złapałeś ją dla mnie w swej delikatności .. widzę jak para unosi się z ust .. 
oddychaj ..... 
biegłam dziś rankiem w sukniach .. jak by świt przyozdobił je w przeźroczystej poświecie to te gwiazdy tak wciąż drgają w rozkosznych porankach gdy świt taki zarumieniony ... 
byłeś tam .. widziałam w uśmiechach ... 
Twych wianki plotłam z kolorowych traw ... miały wielobarwną siłę by życ ... 

            Olszynowej gęstwiną a szmerem strumienia szliśmy ku wschodowi...
 Noc wciąż jeszcze naburmuszona, jakby zazdrosna wtulała oblicze w czarny kołnierz karakuł....
 Szliśmy dalej jakiś ruch, w gąszczu przy drodze... ...chrobotanie, terkotanie, małych nóżek oplątany taniec...
 Noc zaciekawiona wychyla nos swój spomiędzy bram wysokiego kołnierza.... Jeszcze... jeszcze trochę... Dostrzec nie może, w pośpiechu księżyc jak latarnie z rękawa wyciąga... I świeci...
 Puchate cztery kulki w swej ostrości kształtu zajadłe ledwo widoczne, majaczące, fukające małe imbryki... Na drodze wprost przed nami... Nie do przodu nie z powrotem... 
Nóżki im książę spojrzeniem poplątał... I zmieszane teraz kręcą się, każdy swoje igły goni... jak roztargnione szwaczki....
 Po chwili jeżowy taniec kończy się a mali artyści schodzą ze sceny w poprzek ścieżki...
 Noc odsłania swój kolejny klejnot - Wenus
tak jasno świeci... Powoli dzień za dniem zbliża się do księcia... Czyżby noc była swatką dla swych niebieskich klejnotów... Przedstawienie jak sen w letnią noc... 
 W oddali ciemnieją sylwetki konstruktów, na tle czerwonego blasku... zdają się drzemać nad kotłem bulgoczącego piekłem żelaza...



W piknikach nocą koc traci swoją kratkę ....w niebiskie czerwone linie zbiegają się w równi .... gdzie nad brzegiem jego turlają się wesoło winogrona uciekały w ciemnośc trawą .. 
W prawej dłoni utrzymane kubki wielobarwnej herbaty co szepty niesie do nieba ... porwane wiatrem w parze składają pocałunki .. granatem pokryło się niebo jakby farba rozmazana na białych płótnach gdzie mglą spowija sie porankiem .... 
gwiazdy patrzą ... zaciekawione w ostatnich posiłkach ... 
nic nie widać .. nic jest wszędzie jak zapatrzone strzygi w bieżnikowanych kłosach ... 
leżąc po spożytych wrażeniach ...
W równych rzędach ..... jak bałagan białą puchową kołdrą cukrowe ślady ....
 
Spacerując w kierunku w którym słońce zaciąga pierzynę chłodu... Strumień i jego leniwe pluskanie mając po lewej tak samo jak i ociekający jadeitową poświatą nocny medalion...
Na niebie nie było ani jednej sugestii iż może coś przyćmić to nieziemskie światło...

Szliśmy dalej tam gdzie wierzby w kandelabrach płaczą nad wydeptaną w ścieżkę trawą...

Strumień tu poszerza się przeciskając pod mostem by pląsać w ciut większej przestrzeni pomiędzy sterczącymi łodygami tataraku...
Dziś nie tylko strumień pląsał... Z miejsca gdzie mrok okrywał zieloność w bezładny nierozpoznawalny kształt... Coś szemrał i popiskiwało... Woda niosła ze sobą ciężką mydlaną woń...

Chodźmy dalej tam gdzie jeszcze zielenieją kłosy jęczmienia, gdzie mogą pogłaskać one nasze dłonie... Można tam odnaleźć chabry... zobaczmy jaki będą miały kolor w tym zielonkawym świetle...

Deszcz  
...dopadł nas w połowie drogi ku rzece... Wybacz nadszedł tak nagle. Dobrze, że poszliśmy boso... Strasznie było mi głupio bo zapewniałam, że jest sucho a tu taki psikus...  Kropla -  uczucie, wdzierania się, chowania... Bez bólu... przyjemne... Jakby starała się wrosnąć we mnie... Odnaleźć dogodne miejsce by zapuścić korzenie...
Kiedy rozproszony wodny okład zaczął otulać nas coraz gęstszym i ciaśniejszym kokonem kątem oka dostrzegłam Twój .. zroszony kroplami kontur twarzy... Poszliśmy jeszcze  do rzeki by usłyszeć śpiew deszczu na powierzchni spokoju... Szemrało i grało w około...
Czarna nieprzenikniona wata spowiła wszystko wokół... Ciemność nie do przebicia... .
Malinowa herbata po powrocie do domu może być dobrym pomysłem... nie sądzisz ?... 
 
Boso w każdą z 44 stron wiatru dopóki starczy świata i siły by budować nowe... Gdy zabraknie wtedy będziemy siadać na ławce pod kwitnącą wiśnią i nurzać zbolałe stopy w jej płatkach... po kostki... patrząc w bezkres snuć opowieści i śmiać się z kichających nieopodal jagód... Łowić zapodziane płatki z filiżanek...
 Może jutrzejsza noc będzie gwieździsta, księżycowa i czysta w całej swej okazałości... Przyskrzona woalką przeniknionego, bezpiecznego mroku i tajemnic do odgadnięcia w blasku wybielonego w słońcu medalionu..
%

Nagle poczułam  jak wziąłeś  moją dłoń... Gdy szliśmy miałam wrażenie jakbyś był  balonikiem, którego sznurek ściskam w dłoni... mocno... I to było cudowne uczcie...

 
Zwolniłam na chwilę wskazując ruchem głowy za którą podążyła wolna dłoń... Zatrzymałam się na chwilę tak, iż prawie wpadłam na Ciebie wspomnieniem zamaszystości jeszcze niedawno wykonywanych kroków... Powędrowałam wzrokiem za Twoim... - A taaam...
...po prawej biegnie wąska uliczka... Poczułam jak ściskasz mi palce w tym cudownym uczuciu jakie można porównać do przygryzanej wargi ... pomiędzy nieskoszonym rzepakiem a zieloną łąką ...
 
Jeszcze kawałek dalej teraz jak ten radosny balonik "tomp-tomp" sunąłeś jak po za mną tak nieskończenie lekki w... mój nagły "w tył zwrot" ... "na przeciw gdy się odwrócisz"... i już w myśli malują mi się jak falą rozpędu rzucony zostajesz na mnie po czym spływasz  jak postać z kreskówki co powoli zsuwa się z równie spieszącej się latarni... "do pani zachodu plecami są w równym rządku drzewa [...]" 
Wierzby to moje ulubione trole... Bardzo lubię przechodząc pod drzewami schylać się, tak bawiąc się z nimi i unikając ramion, które chcą mnie złapać... 
 
Polna droga... dzikość co pluska i Góry w oddali... Teraz to ja zaciskam lekko palce na przemian Twoich... 
 
...Jak to nikt... A my ?.. Wszędzie gdzie mnie poprowadzisz...
 ...Tak bardzo chciałabym  z Tobą zmoknąć... obok... patrzeć jak cieszą Cie biegające po mnie krople... 
 ...Cóż takiego jest w kałużach, iż chce się po nich skakać ?

W kałużach odbijają się sekrety .. 
gdy skaczesz w nie utonąc się nie da ... można jedynie brodzic w radnosnych kaloszach ... 
gdzie rozbryzgują się rozbawione szelestem wesołe zimne ognie ... 
bawią się tak uczepiając się nogawek spodni ..... 
w kieszeniach miałam kamienie pozapominane w swych minach jakże zdziwionych ... 
pleść z żabami ten sam sennik ... 
nad Twoją głową rozerwac pęk dzikich winorośli by z wolna opadły Ci na ramionach ... 
w wodzie przeglądać kałamarze niezapisanych uniesionych radości ..... 
w karuzelach siedziałam tętniących koni .. trzymając jeden .. jedyny sznurek balonikowych pomstów pomiędzy szeptami ... w króliczych norach by się ułożyc do snu ...... 
ziemia pachniała dziś wodorostami ... 
układały się ... 
na dłoniach w oczach ... ... czekolada z miętą ... 
i  cienie ... pozostawione na ławkach .... 


pora już wracać  ....








ps.Ty to na prawdę czytasz?  

6.02.2012

24

jak w żebrach zapodziały się wszystkie sęki .....
na białym stole stoją filiżanki , opuszczone okruchy ...
rozmazane oczy w objętościach litrowych dzbanów ...
jak namacalne powieki opuszczone do połowy ...
tańczą w palcach ...
kosmyki i sznurówki związane szare sandały biegną
pora już iść .....



___________________________________________


potrzebny mi dialog
możliwość odczuwania i odczuwalności
znajomy
nieprzypadkowy
i gdy szukam tego co tak blisko
biegam wciąż jak ćma
w niebezpieczeństwie , niezrozumieniu
wśród innych
obcych

i staram się zapomnieć



o tęsknocie ....


czasem to jak wyobrażenia w które wkładam tyle wysiłku by zaistniały to jak opatulenie się czymś tak znikomym
jak zapach tego samego domu w który wchodzimy codziennie tymi samymi drzwiami
pochłanianie w milimetrowych obrazach w zmęczeniu w staniu w tej samej kolejce na wyciągu gdzie jedynie pory roku zmieniają swój obraz ... w bezczynnym niszczeniu , budowaniu ....
wciąż stałam na tych samych wzgórzach
w tej samej sukience na tych tysięcznych pomostach bosymi stopami ...
bez zastanowienia na niemych ławkach na których siadaliśmy co rano ....
w ciszy
to poczucie nieskalania w Twojej obecności ....

stoję ....
w tej samej sukience .... pomosty oddalają się ... biegną coraz węższe i coraz mniej znajome ..
ślady porośnięte wysoką trawą ...
jest wciąż barwnie ...
ale bardziej pusto ...
coraz bardziej pusto

może spotykamy się wciąż na chwilę dokarmiając się wzajemnie w owym czasie ....
może moja miska była bardziej głęboka ....
na jej dnie widnieje jedynie skrawek tych wyobrażeń ...

nad brzegiem tafla rozciąga swoje olbrzymie plecy ...
są jeszcze w stalowej szarości zamknięte ...
jeszcze chłodniej gdy nad ziemią usłane piętrzą się pierzyny ...
sny ...
niemym wyrazem przemawiają w ciszy ..
ciszej ...
biegną ku górze odłamki srebrzystych łusek ryb co w barwach przeplatają się złotą słychać plusk ..
jak potężny drapieżnik wyłania swoje oczodoły ...

w dalekich krainach ... góry odbijają swoje garby
przyglądając się sobie z osobna
w wielkich stalowych lustrach ....

słońce ...
jakby ciągnęło swoją odmienną pieśń ...

cicho ciszej ....
w oddali para dotyka kochanka ... tańcząc w swawolnych sukniach ..
w przeźroczystości widać jej brzeg ...
kłębią się
ocierają ...

widzę
nastał świt ..



czasem odciskam swój palec na szybie .. patrzę na odbicie jak układają się w kręgi jak w uciętym życiu drzewa .... są większe i mniejsze ....
zamoczyć palec w białej farbie gdy czujesz się czysty ... szary gdy nas nie ma ... czarny gdy widzi się jedynie niezliczoną ilość niczego .....
to nie tak że upadam w momentach gdy upadek jest dozwolony można przyzwolić sobie na niego ....
upadam gdy nagle z niespodziewanych przyczyn wszystko przyśpiesza we mnie ... jakby krew zebrała się do skoku w dół ..
gdzie na samym końcu czekają szpony by znów związać mnie w prześcieradłach .....
kiedy upadasz świadomie z powodów które pachną .... w jakimś nawet nieznanym zapachu ... niech mają to swoje imię ...

upadek bezimiennego jest najcięższy bo nagle ogarnia nas całymi swoimi mackami ....
jakby chciał się podpiąć jak respirator do głównej aorty .....


bezimiennie ...
bez powodu ...
bez przyczyny....

siedzi i się ociera ....

nie martwie się ...
czasem odbijam te swoje ślady to tu to tam na szybach różnych domów w zaproszeniu ... odciskam je na swoich ..... aby czasem pozwlili mi pozostać na dłużej do pierwszego deszczu .....

czasem muszę go odbić ...
wczoraj to był Twój dom .....







_____________________________________________________________________________________________________


Dwa światy
Mają to do siebie, iż z góry definiują ograniczenie i zamknięcie... Można by tak przypuszczać prawda?... Jednak istnieją światy, których przestrzeń wewnętrzna jest o wile bardziej bezkresna niż można by sądzić przyglądając im się z zewnątrz...
Powierzchowność... Nie wiem czy ktokolwiek wie ,
Zapraszam ludzi do swojego świata, pokazuje im wejście, krzyczę a w odpowiedzi dostaję jedynie pytanie - to gdzie te drzwi.... ?
Chciałabym zaprosić na coś pysznego, lub po prostu na spacer... Pokazać choćby te głupie zające co to od mieszkania na górce maja jedne łapki krótsze...
Czasem zdarza się ktoś kto znajdzie puste miejsce po furcie... Przestąpi próg imaginacji i zrobi kilka kroków po krętej ścieżce, usłyszy mruczenie łapodrzewia lub uda mu się dostrzec te śmieszne kicaje... Czasem zdarza się, że przychodzą szpiedzy i w wyrafinowaniu swej sztuki mamią tęczą, którą niby chcieli by przymocować nad biegnącym wspak strumieniem... Tak na prawdę chcą tylko ukraść kłącza miodnych konwalii... I w chwili kiedy mam przytrzymać tę tęczę co by ją pomóc mocować zadają cios, wyrywają co potrzeba i znikają... Zdarzają się też nie wiadomo skąd zabłąkani czasem wandale... Bezmyślnie zrywając huśtawkę zawieszoną na księżycowym rąbku...
Zdarzy się jednak czasem ktoś kto widząc girlandy kwiatów marsowego mchu.... Tak ten czerwony co porasta szklane ściany... Dla tego właśnie marsowy... Wcześniej był paczką gwoździ, ale podczas ostatniej koniunkcji w nocy zardzewiał i i teraz włazi na szkło... ale tylko to dobrze wypucowane...
No wiec zdarzy się czasem ktoś komu się podoba, prosi bym oprowadziła czasem jednak sam chce się rozejrzeć. Przysiądzie na huśtawce a nawet pogłaszcze łapodrzewie...
Jak widzisz mój mały świat, oaza wolnego wypasania myśli ma wiele zakamarków... czasem zdarzy się, że ktoś zagląda gdzieś i albo ucieka w przerażeniu albo...
Słychać tylko krzyk i wołanie o pomoc a kiedy dobiegam widzę wyrwę w nicości, która powoli się zabliźnia... Nie wiem co to jest, ale powoduje, iż mój eden instynktownie chce podążać w kierunku gdzie była ta wyrwa i rozrasta się tworząc jakby kolejną ścieżkę...
Nie wiem czy coś ci w moim świecie nie zaszkodzi... Ja np lubię te czarne błyszczące borówki, ale czasem goście skręcają się z obrzydzeniem...
Chciałabym bardzo abym w końcu odnalazła sposób by móc zbudować w moim ogrodzie patio przez które mogałbym wchodzić do domu...
Łatwiej było by wtedy kogoś zaprosić. A tak ? Wiesz noszę to wszystko przy sobie, w sobie, w około skroni jak rondo kapelusza... Nie przeszkadza zbytnio, nie ciąży a chroni od udaru...
Lubisz siadać na ławce w moim ogrodzie... Tej z niemalowanego drewna...
Stoi tam od niepamiętnych czasów... Sądzę, że chyba tam wyrosła. Nie wiem....
Lubię kiedy przychodzisz bo światło się wtedy zmienia i faktury ścieżek jawią się w innych barwach... To tak jak by chodzić boso po lodzie i doznawać odwróconego uczucia chłodu... Delikatnie ciepło...
Boje się, ze jak Cię zostawię samego to zawędrujesz na jedną z tych ścieżek w pogoni za jakąś niezwykłością i nagle uciekniesz spłoszony chmurą tego... hmm w sumie nie wiem co to jest ale podobne do nietoperzy a jak pozwolisz się obsiąść i potrzesz jednego po grzbiecie to śmiesznie piszczy i czuć że się wtula...
Boję się, że zechcesz wejść, zatrzasnąć drzwi i nagle coś Cię wystraszy... Co wtedy ?

W pożegnaniu pociąg ciężko osiadł na szynach niewidocznych a jednak czuc było tą ciężkośc.Pożegnania jakby świat miał by pobiec w szaleństwie jak zwariowany klaun z bladym nosem bo farby zabrakło . Pożegnania budzą agonię . Wino tak pachnie poziomkami w swych niezliczonych lampkach zamyka się w bólu nad roztarganym morzem wspomnień . Każdy zapach i smak .... Każde blady pomruk nieba gdy niebo na jesień zamyka się w szarościach . Jak szelest liści w ostatnim doznaniu . ...
Nic nie istnieje jak wiecznośc w bladych kolorach miodowych goździków .Są takie maleńkie a najintensywniejsze .. to te ulubione ... kiedy któregoś dnia zapisał się ich zapach w ogródkach działkowych gdy schylając się z ciekawości zawładnęły mną ....
Ławka .... są ławki w swej samotności które tkwią dumnie w butach zbyt szerokich ... zatapiają swe stopy w czarnych czeluściach ziemi .... jest miękka w poddaniu ciepłem owija jej nogi...... silnie na wzajem trzymają swe lica .... jak jednośc w której należą do siebie ..........
Ławka ma popękane siedlisko od ilości zużytych godzin .. w których tak bezpiecznie spożywało się herbatę .... zakrapianą miodem z uśmiechniętych pszczelich bębenków jak w zaproszeniu by zatopic w nich swe usta tak spierzchną gdy tych obrazów brak ....
Kiedy siadam tam czuje .... się jedynie wiosnę w której budzi się rosa tak śmiesznie błaka się i mieni w odbiciach promieni .... w zaczesanych kapeluszach czerwonokrwistych maków ..gdzie przekrszywiają swoją głowę to w prawo to w lewo z nadzieją na wiatr....
I drzewa z wysokimi ramionami .... jak głodne doznań wyciagają je silnie w stronę nieba ....
w zapachach jaśminu , świerków .......
A w lesie .. zerwał się wiatr wczesnym rankiem pomieszany słońcem było ciepło ...
śmiesznie obijał się o pionowe kory drzew .. jednostajnie kołysząc je ...w powolnych usypianych jeszcze nutach ... zapach roznosił się w całej szerokości gdzie nie spocząc wzrokiem .....wiatr nagle zerwał się jakby coś chciał pochwycic za dłonie ... zatańczyc w zwariowanych kółkach gdzie podnosząc głowę ku górze wydaje się jakby konary tworzyły magiczny okrąg .. słychac było śmiech upadanych szyszek .... jak w tych spazmach turlały się po ziemi ...... jedna o drugą .... ocierając się ....
w ciepłym wietrze .... spadały igły jak tysiące gwiazd w drobnym gęstym deszczu .... było słychac ich pomruk zadowolenia ... były wszędzie w ilościach milionowych rozkoszy .... padało ....
na ramionach jednak zamiast deszczu miałam płasz usianych igiełkowych śmiesznych chochlików ........
można było zamknąc oczy i usłyszec spazm ......
deszcz meteorytów .........


przychodzę na herbatę z malinami ..... i miodem

w pożegnaniu ..............





5.02.2012

23

potargane rajstopy i sny
i zimno mi


nie mam nic do powiedzenia , nic do myślenia , jakaś taka pusta bez pisania i bez tego znajomego zapachu ....
zapach .... wiatru co ustał na moment nad zawieszonym drzewem , wyparciem znajomych ulic opustoszałych o pewnych godzinach jak idylla ....
nie błądzę już , po pomostach istniejących pozostał wycięty krajobraz tych bardziej nędznych i wypoconych kart ....
w ilości przegranych i wygranych dni zegary jak zniekształcone obrazy odbijają te same godziny jednakowo już inne
bujają się na wysokich pustych liściach na czwartych piętrach i zakręconych chłodem kaloryferach
piece są coraz cieplejsze na werandach w filiżankach utopionych kaw
jak biało mleczne kwiaty spoglądają gdzieś wstecz w pomniejszeniu , przemilczanych wzwodów

nie ma nic do myślenia , zapach jeszcze się uniósł
potargane włosy i sukienki

!

"Przedmiotem prawa autorskiego jest każdy przejaw działalności twórczej o indywidualnym charakterze, ustalony w jakiejkolwiek postaci, niezależnie od wartości, przeznaczenia i sposobu wyrażenia (utwór)."

Rozdz. 1, art.1 Ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 4 lutego 1994 r., publikator: Dz.U. 1994, nr 24, poz. 83, tekst jednolity: Dz. U. 2006, nr 90, poz. 631